50 tys. Polaków planuje wrócić do Polski

Monika: Po Brexicie poczułam się niechciana. Lucyna: W sierpniu w Polsce zobaczyliśmy prawdziwe lato i pomyśleliśmy: “Kurczę, to jest to”. Błażej: 15 lat temu przyjeżdżałem tu z jednym plecakiem. Za tydzień wywieziemy z Londynu dwie i pół tony dobytku.

Harlow, betonowe blokowisko 50 km na północ od Londynu – symbol antyimigranckich napięć, gdy krótko po referendum o Brexicie zabito tu Polaka.

Kubuś. Galeria Wędlin i Reksio. Delikatesy Polskie przeżywają właśnie weekendowe godziny szczytu. Współwłaściciel Reksia Sebastian Chudy zmęczony jest wyjątkowo, bo ma urwanie głowy także z drugim biznesem. Choć Rex-Trans zwiększył liczbę przeprowadzek do Polski do dziewięciu tygodniowo, wciąż ma terminy zabukowane na trzy miesiące do przodu.

Prawo do stałego pobytu

– A na końcu samemu przyjdzie się wyprowadzić – wzdycha Chudy. Boi się pomysłów, żeby po Brexicie każdy przedsiębiorca płacił tysiąc funtów miesięcznie za każdego pracującego imigranta – on zatrudnia teraz 13 Polaków. A im więcej Rex-Trans zarabia na exodusie do ojczyzny, tym gorzej będzie radził sobie Reksio, bo przy kasie rzadko słychać angielski.

Dlaczego decydują się wrócić do Polski, opowiadają:

– Lucyna z Mariuszem kupili dom w Harlow. Ona jest menedżerką w międzynarodowej korporacji, on – inżynierem, ale pracuje jako programista. Do Wielkiej Brytanii przyjechali 12 lat temu, zaraz po studiach. Tu urodził się ich syn Ignacy. Do pierwszej klasy pójdzie od września w Krakowie.

– Błażej Kalinowski jest księgowym, żona pracuje w dziale kadr. Do pracy w centrum dojeżdżają z londyńskich przedmieść, gdzie jeszcze przez dwa tygodnie mają dom. Do Olsztyna wracają z czteroletnim Tymonem.

– Agnieszka i Rafał Pajor są po trzydziestce. Ona pracuje w Lidlu, on jest kierowcą ciężarówki. W Londynie od 12 lat, od lipca w małopolskim Brzesku.

– Monika Wolska w Londynie skończyła psychologię, specjalizuje się w terapii dzieci autystycznych. W Krakowie zajmie się czymś zupełnie innym.

– Krzysztof Kukiełka jest właścicielem firmy K1Transport. Na trasie do Polski roboty ma coraz więcej, ale sam do kraju nie wraca.

Zamrożenie wysokości zasiłków

Brexit

Agnieszka: Mąż już dawno przebąkiwał, żebyśmy wrócili. Mówiłam: „OK, ale za 20 lat”. Ale gdy ogłoszono wyniki referendum, przez kilka godzin siedziałam przed telewizorem. Wcześniej wydało mi się, że wszyscy tutaj są tolerancyjni i nas akceptują. A gdy już było wiadomo, że będzie Brexit, zaczęli mówić, co naprawdę myślą. To wtedy sprzed telewizora wysłałam do Rafała SMS-a: „Możemy się pakować”.

Błażej: Przyjechałem na studia 15 lat temu, jeszcze przed Unią. Wtedy Polak był dla Anglików ciekawostką. Przez lata spowszednieliśmy, ale od referendum mam wrażenie, że nie jesteśmy tu mile widziani. W autobusie, gdy rozmawiam głośno po polsku, zacząłem czuć niechętne spojrzenia, ze skrzynki na listy wyjmuję ostre antyimigracyjne ulotki. W pracy słyszę, że za dużo tu nas przyjechało. Gdyby tak mówili o Pakistańczykach czy Afrykanach, byłby to rasizm.

Lucyna: W sierpniu w Polsce zobaczyliśmy prawdziwe lato i pomyśleliśmy: „Kurczę, to jest to”. Ale wyjeżdżamy głównie dlatego, że wzrosła wartość naszego domu w Harlow. Jak go sprzedamy, to po spłaceniu hipoteki zostanie na duży dom na nowym osiedlu pod Krakowem. Po Brexicie ceny na pewno zaczną spadać, więc kto pierwszy sprzeda i wróci do kraju, ten lepszy.

Jak w łatwy sposób wymienić dowód osobisty

Trochę rozumiem Anglików, że zagłosowali przeciwko Unii, bo napływ imigrantów jest za duży i nie ma dla nich miejsca. Ja od początku wiedziałam, że poznanie kultury i doszlifowanie angielskiego to priorytet. A oni często nawet języka nie chcą się uczyć, chcieliby żyć tak jak w Polsce.

Monika: Od Polaków z mniejszych miejscowości słyszę czasem, że atmosfera się pogorszyła. W Londynie nic mnie złego nie spotkało, ale po antyimigracyjnej kampanii za Brexitem poczułam się niechciana. Zwłaszcza gdy dowiedziałam się, jak zagłosowali rodzice trojaczków, którymi się zajmowałam, odkąd skończyły rok. Dziś mają 12 lat i wciąż się uwielbiamy, ale głos ich rodziców był jakby przeciwko mnie. I to jeszcze taki wyrachowany, bo większość rodzin, z którymi pracowałam, zatrudnia głównie Polki, Litwinki, Węgierki, Hiszpanki, bo to tania siła robocza. Wtedy Unia im nie przeszkadzała.

Błażej: Ostatnio chciałem odnowić paszport syna, który się tu urodził. Trzy lata temu dostał go bez problemu, a teraz usłyszeliśmy, że rzekomo został nieprawidłowo wydany i musimy przedstawić cały plik dokumentów, na przykład zaświadczenie, że gdy przyjeżdżaliśmy, przez co najmniej rok mieliśmy opłacone ubezpieczenie zdrowotne. Mieliśmy, chociażby dlatego, że oboje wtedy studiowaliśmy, ale dla tutejszych urzędników to za mało. Żona usłyszała wprost, choć nieoficjalnie, że w ostatnich miesiącach tak bardzo zostali zalani wnioskami o rezydenturę i brytyjski paszport, że muszą możliwie najbardziej utrudniać ich wydanie.

Utrata dowodu osobistego

Wyprowadzka

Błażej: 15 lat temu przyjeżdżałem tu z jednym plecakiem. Na początku kwietnia z naszego londyńskiego domu do Polski wywieziemy dwie i pół tony dobytku. W Olsztynie mamy dom po rodzicach, trzeba go tylko wyremontować.

Monika: Wyprowadzam się 19 grudnia, w 12. rocznicę przyjazdu. W moim bagażu będzie mnóstwo butów, do których mam słabość, i pokaźna kolekcja książek, głównie po angielsku – czytanie w obcym języku to jedno z moich największych osiągnięć tutaj. No i za żadne skarby nie zostawię ulubionego fotela bujanego.

Monika i Rafał: Bilety w jedną stronę mamy na 3 lipca. Przeprowadzki jeszcze nie ogarnialiśmy, bo dopiero teraz się dowiedzieliśmy, że z powodu Brexitu firmy przeżywają oblężenie i trzeba parę miesięcy naprzód zamawiać. Na pewno zabierzemy płytki ceramiczne – pamiątki z miejsc, które odwiedziliśmy, w Brzesku zawisną na ścianie w kuchni. Jeszcze tylko płytkę z Londynem musimy kupić.

Krzysztof: Ludzie nie mówią wprost, że źle się im w Anglii wiedzie, ale czuć niepewność, co dalej, szczególnie poza Londynem. Do Polski jedzie wszystko: łóżka, stoły, szafy, komody, lodówki, pralki, często zresztą „made in Poland”, choć kupione w Anglii. Niektórzy dzięki temu chcą oszczędzić na starcie w Polsce, ale często nie o pieniądze chodzi, tylko o emocje. Pamiętają, jak ciężko było im odłożyć na lodówkę i jakim przeżyciem było kupno pierwszej sofy.

Podwójne obywatelstwo

Pracujemy z klientami w całej Europie i to, co odróżnia Polaków od reszty, to podejście do pakowania. Rzadko wybierają usługę „full przeprowadzka”, w której profesjonalnie pakujemy całe mieszkanie. Nasi rodacy odnajdują w sobie duszę majsterkowicza i sami rozkręcają meble, a kobiety bohatersko deklarują: „Kuchnię spakuję sama”, choć z 18 kartonami (to średnia kuchenna) będą się męczyć tydzień czy dwa, podczas gdy nam wystarcza osiem godzin.

Niektórzy wykupują usługę przechowania rzeczy w magazynie. Chcą, żeby je dowieźć, jak już na dobre gdzieś osiądą, ale kilka razy zdarzało nam się, że ostatecznie nie trzeba było ich transportować, bo klienci po kilku miesiącach wracali do Anglii. Zwykle z powodów sercowych: miłości, z którą trudno się rozstać, albo rozwodu, którego jednak chcą uniknąć.

Lucyna: Ja nie zabieram nic, chcemy zacząć wszystko od nowa, może tylko pamiątkowe magnesy przejrzę – te z kuchennego okapu. No i wszystkie zabawki Ignacego. Dom pod Krakowem – cztery pokoje na górze, duży open space na dole, działka 10 arów, więc będzie miejsce na grillowanie – kupiliśmy przez internet, pojechaliśmy tylko podpisać umowę. Nad urządzaniem czuwa znajomy projektant, ale w telefonie mam aplikację, w której wybieram, co mi się podoba. Przyjedziemy na gotowe.

Polski paszport 10 letni

Polska

Agnieszka: W Polsce oboje pracowaliśmy, ale zarabialiśmy po kilkaset złotych miesięcznie. Ledwie wystarczało nam na opłacenie rachunków i jedzenie.

Rafał: Z roboty w hipermarkecie najbardziej pamiętam brak perspektyw. Dziś brat mi mówi, że nie tylko nie ma problemu z pracą, ale to pracodawca ma problem ze znalezieniem dobrego pracownika. Więc bardziej o niego dba, więcej mu płaci.

Agnieszka: Wierzę, że w Polsce jest lepiej. Przed wyjazdem do Anglii spotykaliśmy się tylko w domach, bo nie było nas stać na żadne wyjście. Dziś, gdy rozmawiamy przez telefon, znajomi i rodzina opowiadają, gdzie byli wczoraj, dokąd się wybierają dzisiaj, a dokąd w przyszłym tygodniu. Do tego wakacje, samochód, widzimy, że pozwalają sobie na więcej. Oczywiście to nie są żadne luksusy, ale 12 lat temu dla nas to były megaluksusy.

Błażej: Gdy wyjeżdżałem z Olsztyna, na Starówce były ze dwa puby. Dziś jest ze dwadzieścia. Tu, w Londynie, wychodzimy na piwo z ludźmi z pracy, dobrze się dogadujemy i załapaliśmy angielskie poczucie humoru, ale i tak z tyłu głowy jest „nie jesteś stąd”.

W Polsce ludzie zwykle marudzą, że jest źle, ale jak przyjeżdżam do Olsztyna, widzę świeże budynki, drogi, nowo otwarte lotnisko w Szymanach. I jeszcze warmińskie lasy i jeziora! Ale najbardziej mnie cieszy wolniejsze tempo niż w Londynie, gdzie pracujemy po 12 godzin, godzinę dojeżdżamy do pracy i w efekcie prawie nie widujemy się z dzieckiem. W Polsce to nadrobimy.

Lucyna: W Anglii dzieciom brakuje beztroskiego dzieciństwa, jakie znam z Polski. Tu nie puszcza się dziecka samego na dwór , więc do parku muszę zawsze chodzić z Ignacym. A w Polsce będę mogła go puścić samego na plac zabaw, może nawet do szkoły. No i w Polsce ładniejsze są domy – nie takie klitki jak tu – i bez grzyba. I lepsze jedzenie, nie takie bez smaku jak w Tesco. Wiem, co mówię, bo większość zakupów – ekologiczne warzywa, jajka – robię w polskim sklepie. Tylko na Karaiby pewnie nas nie będzie stać, ale Europa też jest piękna.

Monika: Całe moje dorosłe życie to Anglia, więc trudno porównać z dzieciństwem w Polsce. Jeszcze rok temu dawałam sobie tu dwa lata, ale pojechałam na wakacje do Polski i zobaczyłam, jak żyją rodzina i znajomi. Mają fajnie urządzone mieszkania, zwykle samochód lub dwa, choć często nie zajmują wysokich stanowisk, np. mój brat pracuje na stacji benzynowej, a jego dziewczyna u mojej siostry w biurze. W Londynie mam niezłe pieniądze, ale nie wiem, ile musiałabym dostawać, by stać mnie było na takie coś. Bo tu nie mogę sobie pozwolić nawet na wynajęcie małego mieszkania, jedynie podnajmuję pokój. A nie mam rodziny, więc i tak jest mi znacznie łatwiej.

Z serii: Polak potrafi – naciągnąć urząd na paszport brytyjski

Plan

Agnieszka: Staram się o transfer do Lidla w Polsce. Na razie na to samo stanowisko, choć marzy mi się awans. Rafał nie powinien mieć problemu, bo kierowców ciężarówek podobno bardzo brakuje. Mamy oszczędności, więc możemy spokojnie się rozglądać. Zdajemy sobie sprawę, że będziemy zarabiać mniej i że nieprędko znów pojedziemy do Włoch, Francji czy na Wyspy Kanaryjskie. Ale też wiemy, że nie jest to niemożliwe, aby taki poziom życia w Polsce osiągnąć. Najważniejsze, że będziemy blisko rodziny, przyjaciół, z którymi przez te lata udało się utrzymać kontakt.

Krzysztof: Poznałem ostatnio w Polsce bardzo dobrego kierowcę i zapytałem, czy nie myślał o przeprowadzce do Anglii. „A w życiu!”. Trudno się dziwić: zarabia 5,4 tys. zł, żona 3,2 tys., a koszty życia mają nieporównywalne nawet z brytyjską prowincją.

Lucyna: Zaczęliśmy już przeglądać ogłoszenia o pracę w Polsce. Mariusz pracuje w Anglii jako programista, ale jest inżynierem i w Polsce chce pracować w zawodzie. Ma już upatrzoną firmę, na pewno będą potrzebować fachowca z angielskim. Ja, jeśli nie znajdę pracy w logistyce, mogę utrzymać się z uczenia angielskiego, więc na pewno nie zginiemy. Byłoby super zarabiać ok. 10 tys. zł.

Monika: Chciałabym szybko przeprowadzić się na swoje, choćby wynajmowane. Słyszałam, że jest spore zapotrzebowanie na tłumaczy, szczególnie w budownictwie. Tylko Warszawy chciałabym uniknąć, nie po to uciekam od wyścigu szczurów.

Duże prawdopodobieństwo ataków terrorystycznych w Wielkiej Brytanii

Błażej: Warszawa w tym pędzie za bardzo podobna jest do Londynu. Na szukanie pracy w Polsce będziemy gotowi w czerwcu. Po Świętach Wielkanocnych planujemy miesięczne wakacje, prawdopodobnie w Azji, bo od dwóch lat nigdzie nie byliśmy. Wszystkie wolne dni szły na opiekę, gdy dziecko było chore, bo do takiego nianie w Londynie z zasady nie chodzą.

Marzy nam się dobra praca w Olsztynie, ale może być ciężko, więc bierzemy pod uwagę Trójmiasto. Znajomi mówią, że już za 3-4 tys. na rękę da się wyżyć.

Rafał: Kilka zaprzyjaźnionych par już wróciło i są bardzo zadowoleni. Nawet ci z płacą minimalną podkreślają, że to nie jest takie straszne, jeśli czujesz, że jesteś u siebie i masz wsparcie bliskich. Dlatego nie rozumiem, że ktoś łapie się za głowę, słysząc naszą decyzję. To ryzyko dużo mniejsze od tego, które podjęliśmy 12 lat temu. W Londynie mieliśmy ledwie kilku znajomych, od początku musieliśmy się dogadywać z klientami, ale poradziliśmy sobie, nadrabiając ciężką pracą i sprytem. A potem stwierdziliśmy, że możemy mieć lepszą pracę i zarabiać więcej. I też się udało. Więc czemu teraz w Polsce miałoby się nie udać?

Lucyna: W Anglii naprawdę sporo osiągnęłam. Teraz chcę coś osiągnąć w ojczystym kraju. I myślę, że trzeba zupełnie nie mieć energii, żeby w Polsce do niczego nie dojść.

Komunikat premier Wielkiej Brytanii

Strach

Błażej: Była pokusa, żeby nie sprzedawać domu w Londynie, tylko go wynająć i w razie czego mieć do czego wrócić. Ale ostatecznie stwierdziliśmy, że pokusa byłaby zbyt wielka i musimy się zdecydować. Zdajemy sobie sprawę, że nie będzie łatwo, za bardzo nam jednak zależy na wolniejszym tempie życia, żeby tak łatwo odpuszczać.

Boję się trochę obecnej sytuacji w Polsce. W Anglii uwielbiamy wielokulturowość, a nie jesteśmy pewni, czy Polacy do niej dorośli. Z przerażeniem czytam, na jakie wypowiedzi o uchodźcach pozwalają sobie nawet polscy politycy, nie mówiąc o zwykłych ludziach. Nie wiem, czy polska ksenofobia i homofobia nas nie przerośnie.

Rafał: Jesteśmy pozytywnie nastawieni, ale nie wykluczam możliwości powrotu. Dajemy sobie w Polsce rok.

Lucyna: Jak się nie uda, to wyjedziemy. Ale już nie do Anglii, raczej w ciepłe kraje. Tu nauczyłam się pozytywnego myślenia i wiary w siebie. Więc nawet nie chcę myśleć, że coś nie wyjdzie.

Agnieszka: Oprócz tego, że prędko nie zobaczę Włoch, właściwie niczego się nie boję. W Polsce nigdy nie będzie się płacić takiego czynszu. Małe mieszkanie w Dagenham kosztuje nas 900 funtów.

Monika: Będzie mi ciężko, od lat mówię głównie po angielsku, do głowy przychodzą mi zdania nieprzetłumaczalne na polski i się zacinam. No i martwię się sytuacją polityczną. Przeraża mnie, jak bardzo podzielona jest nie tylko Polska, ale też nasza rodzina. W święta mamy zakaz rozmów o polityce, ale jak komuś się wypsnie, wybucha z taką agresją, że trudno mi to zrozumieć. W Anglii tolerancji nauczyłam się bardzo szybko.

Błażej: Chyba największy strach jest o to, że wbrew szumnym zapowiedziom polityków w Polsce nikt na nas nie czeka. Biurokracja wciąż jest ogromna. Musimy zmierzyć się z tak podstawowymi problemami, jak rejestracja u lekarza rodzinnego, zapisanie dziecka do przedszkola czy dopisanie nam lat pracy do okresu składkowego. W Wielkiej Brytanii prawie każdy płaci za pośrednictwem pracodawcy dodatkowe ubezpieczenie emerytalne zwolnione z podatku. Jeśli chcielibyśmy teraz wypłacić zgromadzone pieniądze, dużo stracilibyśmy, a choć firma ubezpieczeniowa istnieje na obu rynkach, nie możemy ich przenieść do Polski, bo nasz kraj nie ma podpisanych odpowiednich umów.

Kandydaci na premiera nie gwarantują obcokrajowcom pozwolenia na pobyt i nie zapewnią im niczego.

Zmiana

Krzysztof: Ci ludzie są w stanie zmienić Polskę. Przy okazji przeprowadzek sporo z nimi rozmawiam i widzę, jaką mają wiarę w siebie i w swoje możliwości. Nabrali pozytywnych brytyjskich nawyków, co już widać po wracających do kraju: uśmiechnięta kelnerka w Polsce prawie na pewno przeszła przez brytyjską gastronomię.

Monika: Po latach na Wyspach jestem otwarta na ludzi, mało co mnie denerwuje, zwykle nie podnoszę głosu. Gdy czasem w rodzinie mamy jakąś zażartą dyskusję, ja jestem ta najbardziej wyluzowana: „Serio was to denerwuje, że ktoś jest gejem?”.

Gdy ostatecznie okazało się, że Polak w Harlow nie zginął z powodów rasistowskich, ale bandyckich, było już za późno. Napięcia nie udało się uniknąć.

Jednak kilka dni temu na przykościelnym murze w centrum miasta odsłonięto mural polskiej artystki Yoli, na którym mieszkańcy wszystkich stanów wspólnie ciągną linę pod hasłem „Wszyscy jesteśmy na tej samej łódce”. W bibliotece miejskiej pisarsko-życiowy duet Jacek Dehnel i Piotr Tarczyński tłumaczy, dlaczego bohaterka ich książki nazywa się Szczupaczyńska, chwilę wcześniej pisarka Wioletta Grzegorzewska wyjaśniała, czym są tytułowe „Guguły” z jej powieści o dzieciństwie w Polsce.

Piętro niżej każdego wchodzącego wita kawałek polskiego ciasta i polski sok jabłkowy, a dzieci porywane są do kącika, gdzie artyści na szczudłach uczą je ozdabiania wielkanocnych pisanek. Na dzień z polską kulturą odbywający się pod hasłem „Meet The Neighbours” przyszli głównie angielscy mieszkańcy Harlow.

Rząd Wielkiej Brytanii zapłaci imigrantom za opuszczenie kraju

50 tys. Polaków planuje wrócić

Wielka Brytania przestaje być „Wyspami Szczęśliwymi”. Krótko przed Brexitem tylko 3,3 proc. Polaków deklarowało powrót do kraju, jeśli Brytyjczycy wyjdą z Unii. Dwa tygodnie później rozważało to już 22 procent ankietowanych przez IBRiS. Bezwarunkowy powrót do Polski planowało 5,5 procent Polaków, czyli prawie 50 tys. osób. Późniejszych badań nie było.


Źródło: Wyborcza

Zostaw Komentarz

Zostaw komentarz

Twoj email nie będzie publikowany.