Czarny Protest dzieli Polki

czarny-protest-dzieli-polki

Już dziś, rusza Ogólnopolski Strajk Kobiet wymierzony przeciwko projektowi zaostrzenia ustawy o aborcji. Polki żądają poszanowania ich prawa do wolnego wyboru i swobodnego decydowania o swoim ciele i życiu. O wolność i poważanie 41 lat temu walczyły także mieszkanki Islandii. I je wywalczyły – dziś Islandia uważana jest za jeden z najbardziej respektujących prawa kobiet krajów na świecie. Czy Polki mają szansę osiągnąć podobny efekt?

Sejmowe głosowania nad projektami nowych ustaw nieczęsto elektryzują społeczeństwo, a już na pewno nie jego zatrważającą większość. Tymczasem komitetom „Stop aborcji” i „Ratujmy kobiety” udało się nieświadomie swoimi koncepcjami zmiany ustawy o aborcji nie tylko zainteresować obywateli, ale i skłonić do zabrania głosu i działania. Pozytywny dla pierwszego z nich wynik głosowania, przekazujący tym samym radykalny projekt ustawy zaostrzający dotychczasowe przepisy aborcyjne do komisji, mającej ustalić jej ostateczny kształt, wywołał w całej Polsce falę oburzenia i protestów. Największy z nich ruszy w całym kraju w najbliższy poniedziałek.

Inspiracją do jego zorganizowania był wpis aktorki, Krystyny Jandy, przywołującej na swoim fanpage’u na Facebooku manifestację Islandek z 1975 roku, które postanowiły przypomnieć mężczyznom o swojej wartości i realnym znaczeniu dla gospodarki państwa i samego społeczeństwa. Janda, podkreślając, że podobna forma protestu miałaby rację bytu także w Polsce, nie kryła jednak wątpliwości: „wśród kobiet polskich nie ma solidarności za grosz”. Jak szybko się okazało, była w ogromnym błędzie.

Niespełna kilkanaście godzin później na wrocławskiej „czarnej” demonstracji, prawniczka i działaczka społeczna Marta Lempart, nawoływała do porzucenia obowiązków zawodowych i domowych na jeden dzień w imię protestu przeciwko ustawie „totalnie delegalizującej aborcję”. Została ustalona data strajku. Celowo – na dzień roboczy, by wzięcie dnia wolnego w pracy było jawną demonstracją przeciwko „gwałcie na prawie kobiet”. Lempart i wspierające ją „osoby zaangażowane np. w Dziewuchy, Ratujmy Kobiety i KOD, ale też tak zwani zwykli, wkurzeni ludzie, którzy nigdy nie brali udział w tego typu akcjach”, apelują o każdą oznakę zaangażowania, symbol solidarności i wsparcia, jak choćby ubranie czarnego stroju w dniu protestu, spotkanie z koleżankami na kawie i porozmawianie o tym, co oznacza być dziś kobietą w Polsce lub przynajmniej robienie tego dnia nie tego, co trzeba, a to, co kobieta chce i ma ochotę zrobić.

Początkowe zaskoczenie (inicjatorka sympatyzuje z Komitetem Obrony Demokracji) szybko zmieniło się w entuzjazm i rosnące lawinowo poparcie. Protesty i różne związane z nimi z wydarzenia (dedykowane kobietom, np. kurs samoobrony lub dyskusje na temat praw kobiet, ale także akcje charytatywne) przewidziano w ponad 50 polskich miastach. Facebookowy profil wydarzenia notuje już blisko 80 tys. osób zdeklarowanych do wzięcia udziału w strajku, kolejne 84 tys. obserwuje rozwój wydarzeń. Temperaturę podnoszą deklaracje osób publicznych, aktorów, muzyków, dziennikarzy i celebrytów. Swoje poparcie dla „czarnego protestu” w różnych formach potwierdzili m.in. Maja Ostaszewska, Hanna Lis, Maria Sadowska, Martyna Wojciechowska, Dorota Wellman, Paulina Młynarska, Anja Rubik, Karolina Gorczyca, Anna Samusionek, Maja Sablewska, Dominika Kulczyk, Rafał Maślak, Borys Szyc, Oliver Janiak i Jurek Owsiak.

W kontekście poniedziałkowego strajku jako historyczny i ideowy kontekst przywołuje się rewolucyjny protest islandzkich kobiet, które 41 lat temu wyszły na ulice Reykjaviku, by walczyć o równouprawnienie. Strajk kobiet w Islandii z 1975 roku był reakcją feministek z grupy Czerwone Pończochy na ogłoszony wówczas przez ONZ Międzynarodowy Rok Kobiet. Islandkom moment ten wydał się idealną okazją do uzewnętrznienia rosnącego sprzeciwu wobec nierównego traktowania kobiet i mężczyzn w kraju. Ale ich ambicje sięgały wyżej. Protest miał być dowodem na to, że wkład kobiet w gospodarkę i życie społeczne Islandii jest nieoceniony, że bez ich zaangażowania nie można mówić o prawidłowo działającym państwie. Ani politycy, ani mężczyźni – ostrzegani przed skutkami organizowanego kilka miesięcy strajku – nie wzięli tych deklaracji na poważnie.

Tymczasem dzień manifestacji, nazywany powszechnie „długim piątkiem” (protesty trwały aż do północy), okazał się wydarzeniem o randze rewolucji. W kraju zapanował paraliż. Zamknięto wiele zakładów pracy, poważne utrudnienia wystąpiły w bankach (pracownicy musieli zastąpić swoje koleżanki na kasach, gdzie wydawano gotówkę) i instytucjach państwowych (brak personelu odpowiedzialnego za telefoniczną obsługę klienta), w telewizji i radiu pojawiły się przerwy emisyjne, a biura w całym kraju opanowały dzieci, nad którymi opieki mężczyźni nie mieli komu powierzyć. Przerażenie i desperację tych ostatnich zanotowali wówczas handlowcy, do których mężczyźni tłumnie przybywali po zabawki (by zająć czymś dziecko) i… kiełbaski, jedyny posiłek, jaki potrafili przygotować bez pomocy żon.

W manifestacji udział wzięło ponad 25 tys. kobiet, co w ówczesnej 220-tysięcznej populacji Islandii było wynikiem wręcz spektakularnym. Miesiące przygotowań, których fundamentem były spotkania z obywatelkami kraju, organizowane w celu przekonania ich do wagi protestu i szans na to, że przyniesie realne korzyści, a także przygotowanie zaplecza umożliwiającego udział w strajku (przede wszystkim zaaranżowanie w zakładach pracy partnerów kącików zabaw dla dzieci) odwdzięczyły im się efektami, których do dziś zazdrości Islandii cały świat. Już rok po strajku rząd islandzki uchwalił nowe prawo regulujące kwestie równości płciowej, a cztery lata później na prezydenta została wybrana bezpartyjna Vigdís Finnbogadóttir, która przeszła do historii jako pierwsza kobieta na świecie wybrana na prezydenta w wolnych wyborach w kraju demokratycznym (o tym, że wybór nie był przypadkiem świadczy fakt, że Finnbogadóttir sprawowała rządy przez trzy kadencje). Dziś w islandzkim parlamencie reprezentacja płci jest stosunkowo równa, zatrudnienie kobiet w skali kraju wynosi aż 76%, a w firmach powyżej 50 pracowników kobiety muszą stanowić 40% składu członkowskiego zarządu.

Płeć to za mało

Choć Polki nie muszą czuć się w tej materii gorsze – historia polskich strajków pokazuje, że kobiety od dawna chętnie angażowały się w walkę o poszanowanie praw obywatelskich (większość demonstracji dotyczyła poprawy warunków pracy, jak podczas strajków robotniczych, a współcześnie choćby protestów pielęgniarek i pracownic służby zdrowia) – nawoływanie do powtórzenia sukcesu Islandek może niepotrzebnie rozbudzać oczekiwania.

Krytyka strajku dotyczy nie tyle samego protestu, co sposobu jego organizacji. Strajk w dzień roboczy ma, według oponentów, sens tylko w przypadku skrupulatnego zaplanowania demonstracji i umożliwienia kobietom – z dużym wyprzedzeniem – uczestniczenia w nim bez strachu o utratę pracy bądź zaniechanie innych obowiązków.

Jak zauważa Katarzyna Czajka, blogerka aktywnie wspierająca walkę kobiet o prawo do wolności, nie da się nakłonić do strajku milionów kobiet w ciągu tygodnia, a zarzucanie społeczeństwu niechęci do działania jest o wiele prostsze od podjęcia długiej akcji przygotowawczej.

– Krótki czas, jaki wyznaczono na organizację, pokazuje, jak niewiele wiemy o Polsce. Polsce, w której wciąż są miejsca, gdzie nie wszyscy są na Facebooku, gdzie informacje, które rozpalają dyskusję wśród warszawskich organizatorów życia społecznego, w ogóle nie docierają. Tymczasem jeśli prawo do strajku mają mieć wszystkie kobiety, które nie zgadzają się na zaostrzenie prawa aborcyjnego, musimy dać im czas. Dziewczynie pracującej bez etatu, by dogadała się z szefem, samotnej matce, by znalazła kogoś, kto zaopiekuje się dzieckiem, kiedy nie będzie czynne przedszkole (chyba że w jej przypadku strajk ma polegać na tym, że będzie siedziała z dzieckiem w domu, co jest chyba jak najbardziej po myśli tych, przeciw którym mamy strajkować), w końcu tym wszystkim, którzy do wielkich miast mają dalej i nawet jeśli chcą strajkować, muszą się o samym strajku dowiedzieć – wyjaśnia.

Choć sama przyznaje, że jest całym sercem za organizacjami walczącymi o prawa kobiet, uważnie śledzi debatę i wypowiada się na ten temat, gdy tylko pozwalają jej okoliczności, uczestniczy aktywnie w protestach i w poniedziałkowym strajku również weźmie udział, boli ją fakt, że jego organizacja stawia część społeczeństwa poza nawiasem.

– Mam cały czas poczucie, że to wymyślona na szybko akcja. Akcja, w której pojawia się element szantażu emocjonalnego (no przecież jesteś przeciw zaostrzeniu prawa aborcyjnego!), a brakuje empatii, zrozumienia czy po prostu organizacji. Tak przygotowany protest nie tylko dzieli, ale także pokazuje, jak bardzo kobiety w Polsce nie znają realiów życia innych kobiet. Bo czasem płeć to za mało, byśmy się dobrze znały – dodaje.

 NASTĘPNA STRONA

Zostaw Komentarz

Zostaw komentarz

Twoj email nie będzie publikowany.