Perfekcja w każdym detalu – Magdalena Śliwa i Izabela Śliwa

Perfekcja w każdym detalu – Magdalena Śliwa i Izabela Śliwa

Magdalena Śliwa i Izabela Śliwa

mama to sportowa sława, córka na razie w jej cieniu. Wiele je różni, ale mają jedną wspólną pasję i tak już zostanie.

Mama

perfekcyjna pani domu: sprząta, prasuje, pichci w kuchni. Na dodatek pani ogródka, jak mawiają najbliżsi, bo uwielbia w nim pracować oraz wypoczywać. Córka – nie lubi sprzątać, przebywać w kuchni, a ogródek na wszelki wypadek obchodzi szerokim łukiem. Łączą je – siatkarska pasja i ukochane psy labradory.

O kogo chodzi?

Magdalena Śliwa to rekordzistka pod względem występów w siatkarskiej reprezentacji Polski (359), dwukrotna mistrzyni Europy i wielokrotna mistrzyni kraju… Iza, jej córka, to siatkarka jeszcze na dorobku, choć już z pewnymi osiągnięciami. Pani Magdalena jeszcze w poprzednim sezonie była rozgrywającą w Budowlanych Łódź, zaś w obecnym sezonie pełni rolę asystentki trenera Juana Manuela Serramalery w Tauronie MKS Dąbrowa Górnicza. – Chętnie jeszcze pobiegałabym po parkiecie i czasami nie mogę się pogodzić z faktem, że po tylu latach to już jest koniec – wzdycha. Izabela, nazywana przez najbliższych i boiskowe koleżanki „Pestką”, po dwóch sezonach spędzonych w Niemczech powróciła, ku uciesze mamy i rodziny, na krajowe parkiety i występuje jako libero w Muszynie.

Dla Magdy 14 styczeń 1990 r. to szczególny dzień, bo właśnie debiutowała w reprezentacji Polski, prowadzonej przez Edwarda Superlaka, podczas meczu eliminacji mistrzostw świata z ówczesną Czechosłowacją w Pilźnie. Jednak na finałowy turniej już nie pojechała, bo…

– Dostałam powołanie do kadry, która miała się przygotowywać do mistrzostw świata, ale wcześniej odwiedziłam ginekologa, a ten zakomunikował mi, że jestem w ciąży. Polały się łzy szczęścia… Gdy poinformowałam trenera, to ten osłupiał i był przekonany, że sobie żarty z niego stroję – śmieje się Magda.

– Dobrze, że zdecydowałam się, w przeciwieństwie do moich koleżanek, na wczesne macierzyństwo, bo pewnikiem odwlekałabym urodzenie dziecka, a to przecież taki piękny czas – dodaje po chwili wzruszona Magda.

– A ponadto babcie oraz dziadkowie byli młodsi i wszyscy z wielką ochotą zadeklarowali pomoc. Znaczącą rolę w wychowanie córki włożył mąż. Siatkówka mnie tak omotała, że dwa tygodnie po urodzeniu Izy już odbijam w domu piłkę, zaś 1 lutego pojawiłam się w hali na treningu. Lekarz klubowy jak mnie zobaczył, to szczęka mu opadła i ledwo co wykrztusił: “Magda czy ty przypadkiem nie zwariowałaś!” Ja jednak świetnie się czułam i chciałam jak najszybciej wrócić do mojej pasji. Lekarz machnął więc ręką, a ja zdążyłam na finiszu rozgrywek ligowych zagrać parę meczów z Wisłą.

Początkowo gdy Magda otrzymywała nominacje do kadry na zgrupowania, to jechała z Izą i opiekunką. Wszyscy się śmiali, że zgrupowania odbywają się pod kuratelą Izy, która dogląda czy wszystko przebiega sprawnie. Gdy miała rok i 5 miesięcy podczas jednego ze zgrupowań przestała sikać do pieluchy, co oczywiście zostało uroczyście odtrąbione.

– Dla Izy zgrupowania nie były męczące, bo była w centrum zainteresowania wszystkich dookoła. Gdy miała trzy latka, już odbijała piłkę i po trzech godzinach moich treningów była bardzo zdziwiona, że to już koniec jej fajnej zabawy w hali – wspomina z uśmiechem mama.

– Hale w Radomiu, Pile, Wałczu, nieco później w Szczyrku znam jak własną kieszeń. Gdy byłam mała na pytanie kim zostanę w przyszłości odpowiadałam, że… sprzątaczką. Trudno się dziwić skoro panie sprzątające poświęcały mi najwięcej uwagi. Od hali nie uciekłam, bo zostałam siatkarką – śmieje się Iza.

Tata Magdy grał trochę w piłkę, ale w jego rodzinie wielkich sportowych tradycji nie było. Jednak dla nastoletniej Magdy sport był ważny, najpierw grała w ręczna, ale kiedy ogłoszono nabór do klasy siatkarskiej nie miała żadnych wątpliwości. Testy sprawnościowe nie były dla niej żadnym problemem, ale nie chciano jej przyjąć, bo była za mała. – Szukano wysokich dziewczyn i wtedy przyjęto moją koleżankę, Elę Wronę – wspomina Magda.

– Ona zaś oświadczyła: zmienię szkołę jak Magda pójdzie ze mną. Gdy kończyłam szkołę, okazało się, że przerosłam koleżanki. Oj, „Kurczak”, bo tak mnie nazywano, wiele stracilibyśmy gdybyś się nie znalazła w tej klasie powiedziała jedna z nauczycielek na pożegnanie ze szkołą. Leszek Kędryna mój trener w szkole objął pierwszą drużynę Wisłę i dokonał rewolucji w składzie. Pożegnał kilka zawodniczek, a ja z Elą wskoczyłam do zespołu i w debiutanckim roku zdobyłyśmy wicemistrzostwo Polski.

Iza była „skazana” na siatkówkę, choć mama do niczego jej nie namawiała. – Mama była i jest dla mnie ogromnym autorytetem i chciałam pójść w jej ślady – podkreśla Iza.

Magdalena Śliwa, jako druga Polka po Dorocie Świeniewicz, oficjalnie w 1998 r. podpisała pierwszy kontrakt we Włoszech z Despar Perugią i w sumie w tym kraju spędziła, grając w różnych zespołach, siedem sezonów. Nie wspomina jednak tego okresu z jakąś szczególną atencją, choć obfitował w sukcesy sportowe.

– Włosi z dystansem podchodzili do zagranicznych siatkarek i trzeba była na każdym kroku udowadniać, że jesteśmy lepsze od miejscowych zawodniczek. Ba, musiałyśmy być najlepsze, bo przeciwnym razie bez żadnych skrupułów żegnano się. Włosi to bałaganiarze oraz leniuchy i zawsze mają na wszystko czas, a ja za tym nie przepadam. Oczywiście, były i pozytywy, bo przecież między naszą siatkówką i włoską jest różnica taka, jak między niebem a ziemią. Tam dopiero poznałam na czym polega sportowy profesjonalizm. Miałam też okazję pracować z trenerami tej klasy co Massimo Barbollinim, Marco Bonittą czy Giuseppe Cuccarinim. Grała z jedną najlepszych rozgrywających na świecie, Manuelą Benelli. Nauczyłam się wreszcie języka, poznałam zdrową i szybką kuchnię śródziemnomorską. co teraz świetnie się sprawdza u mnie w domu. Grałam we Włoszech kilka lat, ale ani przez chwilę nie pomyślałam, że zostanę tam na stałe. Zresztą, to był trudny czas, Iza tylko w pierwszym roku pobytu była ze mną, a potem chodziła do szkoły w kraju. Mąż, dziadkowie byli w Polsce, a ja z dala od domu. Wiedziałam, że wrócę do Polski, bo gdzie indziej nie wyobrażam sobie mieszkać.

– W Perugii przez rok byłam z mamą i chodziłam tam na zajęcia z moimi włoskimi rówieśniczkami wspomina Iza. – Potem wróciłam do kraju i zaczęłam naukę II klasie, ale już wiedziałam, że moje życie związane będzie z siatkówką. Nie wszyscy nauczyciele, zwłaszcza w liceum, podzielali moją sportową pasję, ale te trudności pokonałam. Grałam we wszystkich kategoriach wiekowych w reprezentacji, choć żadnych znaczących sukcesów nie odniosłam.

Gdy Magda, jako młoda matka, zaczynała grać w kadrze nikomu wówczas nawet przez myśl nie przeszło, by szukać jakiegoś usprawiedliwienia lub zwykłego wykrętu, by nie przyjechać na zgrupowanie. A czasy były dość siermiężne i nie było takich luksusów jakie teraz mają kadrowiczki.

– Strasznie mnie bolą obecne utyskiwania. Wówczas było inne nastawienia władz sportowych, nie było stypendiów i kasy na sprzęt. Trenowałyśmy w zielonych trykotach, które niczym nie przypominały nasze barwy narodowe – wspomina dwukrotna mistrzyni Europy. Po zakończeniu kariery sportowej żałuję, że nie pisałam pamiętników o trenerach z jakimi przyszło mi pracować. Zapewniam, że byłoby wiele cudacznych historii – dodaje ze śmiechem.

Z występów klubowych najmilej wspomina Chemika Police, do którego trafiła wraz Małgorzatą Niemczyk oraz Katarzyną Zubel, z którym zdobyła dwa razy z rzędu mistrzostwo Polski oraz Puchar Polski. – Może dlatego sięgam do czasów Polic, bo byłam młoda i jakoś to wszystko się spontanicznie działo – zastanawia nasza bohaterka. – Pobyty w kolejnych klubach też fajnie wspominam, bo też wiele się wydarzyło i sportowych sukcesów nie brakowało. Po złoto mistrzostw Europy sięgałyśmy z trenerem Andrzejem Niemczykiem, bo w kadrze pojawiły 19-latki Kasia Skowrońska, Agata Mróz i Ania Podolec, które może odbiegały od nas trochę umiejętnościami technicznymi, ale miały wielkie chęci i podjęły się ciężkich treningów. Były powołane jako zmienniczki, a tymczasem odgrywały ważne rolę podczas turniejów. To było umiejętne połączenie doświadczenia z młodością, co skutkowało sukcesami.

Mama i córka grały i w jednej drużynie, ale również i przeciwko sobie – taki to już sportowy los. Gdy mama była odpowiedzialna za rozgrywanie piłki w Dąbrowie Górniczej, to córka występowała w Atomie Treflu. W kolejnym sezonie obie już występowały w sopockim klubie. – Nie było żadnego kumoterstwa, bo wyznaję zasadę, że każdy jest kowalem własnego losu – mocno akcentuje Magda, od niedawna trenerka. – Iza sama kieruje swoją karierą. Owszem, sporo rozmawiamy o grze, ale bez wytykania błędów, czy też strofowania. Iza często zmieniała kluby, bo jest szalenie ambitną osobą i na pierwszym miejscu stawia grę.

– Nie szukałam pieniędzy, bo wówczas mogłabym się zadowolić rolą rezerwowej w Sopocie – dodaje Iza. – Zamiast siedzieć na ławce rezerwowych wolałam przejść do I-ligowej Murowanej Gośliny, bo tam miałam gwarancję gry.

Gdy Iza nie znalazła zatrudnienia jako libero w kraju, spędziła dwa sezony poza granicami, w Hamburgu i Wiesbaden. Zbierała tam dobre recenzje i z podpisaniem kolejnego kontraktu nie byłoby kłopotu. Jednak tęsknota za domem rodzinnym była zbyt wielka i gdy pojawiła się propozycja z Muszyny, to zdecydowała na występy w tym klubie.

– W Muszynie jest młody zespół, nie ma żadnych problemów komunikacyjnych i dlatego zdecydowałam się na ten klub – wyjaśnia Iza. – Mam perfekcyjną mamę w każdym calu i ja też ambitnie dążę w tym kierunku. Nie wiem czy kiedyś dorównam mamie w umiejętnościach, ale podjęłam taką próbę. Na razie reprezentacyjny rozdział zamknęłam na młodzieżowej drużynie, ale przecież jeszcze nie skończyłam grać.

Trenerka Magda poza siatkarską pasją ma jeszcze dwa inne zamiłowania. Robienie na drutach różnych fikuśnych rzeczy oraz ogródek, w którym spędza dużo czasu. – Babcia przed laty pokazała mi jak się robi na drutach, ale wtedy machnęłam ręką i zapomniałam o tym – wspomina. – Po latach przypomniałam sobie, że przecież można miło spędzać czas w autobusie, jadąc na mecz i robiąc na drutach. Ba, „zaraziłam” tym kilka zawodniczek i teraz na 12 zawodniczek 8 robi na drutach. To nawet śmiesznie wygląda, gdy mijają nas samochody i widzą osiem dziergających kobiet na drutach. Za to mamy czapki oraz rękawiczki w takim fasonie jakie sobie zaplanowałyśmy i w twarzowych kolorach.

Co do ogrodu, to nie miałam zbyt wielkiej o nim wiedzy i wszystko robiłam na „czuja”, ale teraz wiem o nim wszystko, a o trawie i kwiatkach mogę pisać elaboraty. Popełniłam w nim wiele błędów, bo sadziłam na potęgę i gdzie popadło, a teraz odwrotnie wykopuję, przycinam i rozsadzam. Bo doświadczenie ogrodnicze zdobywa się po latach. Cenię sobie ten ogród, bo po latach sportowej tułaczki przyjeżdżałam do domu, siadałam w moim leżaku i mogę wypoczywać. Mąż był zły, że nie wyjeżdżamy na wakacje do ciepłych krajów, ale ja wtedy zawsze powtarzałam, że słońce wszędzie jest takie samo.

– Robienie na drutach to nie dla mnie – mówi Iza. – Przede wszystkim brakuje mi cierpliwości. W ogrodzie, owszem, mogę posiedzieć, ale już grzebanie w ziemi to też nie dla mnie.

Jak widać to rzeczy, które dzielą obie panie, ale też oprócz siatkówki jedną wspólna słabość. W domu rodzinnym od 11 lat gości labrador Figo, a od niedawna Iza też ma psa tej rasy, który wabi się Dingo. – Proszę mi wierzyć, że jak spotkają się razem, to w domu jest masakra.

Źródło:onet.pl

Zostaw Komentarz

Zostaw komentarz

Twoj email nie będzie publikowany.