Pomóżcie mi znaleźć rodzeństwo! Rozdzielono nas!

pomozcie-mi-znalezc-rodzenstwo-rozdzielono-nas

Anna Waleczko ma 20 lat. Od kilku miesięcy szuka swoich sióstr i brata. Odbijając się wielokrotnie od urzędniczych drzwi, doszła do wniosku, że skoro nikt nie chce jej pomóc, musi działać sama.

Krzyk rozpaczy

16 lipca Anna Waleczko udostępniła na Facebooku post: “Witam. Jestem Anna Waleczko, mam 20 lat. Proszę o pomoc. Szukam rodzeństwa, kilka lat temu zabrano nas do różnych domów dziecka. Było nas czworo i rozdzielono nas, ale mieliśmy bardzo dobry kontakt. Matka miała ograniczone prawa. W tamtym roku nasza mama zmarła, ja w wieku 18 lat opuściłam placówkę prowadzoną przez Siostry Zakonne w Mysłowicach. Odwiedzałam rodzeństwo mając w planach ich odzyskanie. Gdy mamy już nie było, Dom Małego Dziecka w Mysłowicach ograniczał mi kontakty z rodzeństwem. Albo mówiono że są chore, albo że na wycieczkach i nie mogłam ich widzieć, ale nie poddawałam się. Ostatniego razu gdy się starałam o spotkanie, powiedziano mi, że dzieci są w adopcji. Nic wcześniej mi nie powiedziano, że rodzeństwo zostanie adoptowane. Załamałam się. Cierpię, bo nie wiem gdzie są dzieci, czy razem czy osobno, czy w Polsce czy za granicą. Tak bardzo ich kocham. Nie mamy kontaktu ze sobą, a przecież nie nasza wina, że cierpieliśmy za błędy rodziców. Proszę o pomoc w odnalezieniu sióstr i brata, przed adopcją Justyna Bestry ur. 16.03.2006, lat 10; Marcin Bestry ur. 20.01.2008 oraz Emilka Niewiak ur. 15.11.2010 (nazwisko po mamie). Proszę o pomoc”.

Anna Waleczko: Ten post to był krzyk rozpaczy. Po śmierci mamy dom dziecka zaczął mi ograniczać kontakty z rodzeństwem. Gdy przychodziłam w odwiedziny, pani dyrektor mówiła, że są na wakacjach, zachorowały, gdzieś wyjechały, albo że nie mogę się z nimi widzieć, bo mam zakaz. Jaki zakaz? Żadnego zakazu nie miałam. Kiedyś słyszałam, jak siostra z wyższego piętra krzyczy: “Ania, dlaczego my się nie możemy z tobą widzieć?”.

Potem dowiedziałam się o adopcji. Ani dom dziecka ani sąd nie chciały mi udostępnić żadnych informacji. Nie miałam pojęcia, co się dzieje z dziećmi, gdzie są, rozdzielili ich czy nie. Byłam załamana. Stwierdziłam, że skoro nikt nie chce mi pomóc, muszę działać na własną rękę. Wtedy napisałam post.

Dom dziecka

Gdy się urodziłam, mama miała 17 lat. Ojca nie znałam. Zmarł, gdy miałam 16 lat. Do siódmego roku życia mieszkałam z babcią i dziadkiem. Potem mama dostała mieszkanie z urzędu i zabrała mnie do siebie. Gdy miałam 10 lat, poznała nowego partnera. Wtedy urodziła się moja siostra, Justyna, potem brat Marcin i najmłodsza Emilka. Między nami jest 10, 12 i 15 lat różnicy.

Mama miała problemy alkoholowe. Były sprawy w sądzie, pani kurator przyjeżdżała do nas do domu sprawdzać, jak to wszystko wygląda. W końcu odbyła się sprawa, na której ograniczyli mamie prawa rodzicielskie i kazali jej odprowadzić nas do domów dziecka. Jak wyszliśmy z sądu, mama powiedziała, że nas nie odda. Ukrywała się z nami, ale w końcu znalazła nas policja.

Miałam 16 lat, gdy trafiłam do domu dziecka prowadzonego przez siostry zakonne. Siostry i brat poszli do Domu Małego Dziecka w Mysłowicach.

Wtedy żył jeszcze dziadek i na szczęście pozwolono mu zabierać mnie do siebie na weekendy, święta i ferie. Podczas przepustek jeździliśmy odwiedzać moje młodsze rodzeństwo. Sąd nie zgodził się, żeby dziadek wziął ich do siebie, bo był już starszą osobą. Mama też czasem z nami jeździła.

Dom dziecka to nie jest miejsce, gdzie chce się być. Ale tłumaczyliśmy dzieciom, że na razie tak musi być, że muszą tam jeszcze zostać. Na początku było ciężko. Płakali, że chcą do domu, że chcą być ze mną, nie rozumieli, dlaczego nas rozdzielono.



Mama

Moja mama piła alkohol. Ale była moją mamą, kochałam ją, wszystko jej wybaczyłam. Miałyśmy dobry kontakt. Zawsze pomimo tego, co się działo, trzymaliśmy się wszyscy razem.

Przemoc

Ojczym bił mamę, ale nas, dzieci, nigdy nie uderzył. Zresztą jak w domu dochodziło do rękoczynów, zabierałam rodzeństwo, żeby na to nie patrzyli. On miał coś z głową, nieraz trzeba było wzywać policję, bo nie dało się z nim wytrzymać. Zdarzało się, że w domu nie było nic do jedzenia, bo brał nasze pieniądze i przepijał. Później mama pozbawiła go praw rodzicielskich.

Wolność

Gdy skończyłam 18 lat, opuściłam dom dziecka i wróciłam do mamy. Mieszkała ze swoim nowym konkubentem, ale znów zaczęła pić, a ja chodziłam jeszcze do szkoły, nie miałam warunków, żeby się uczyć czy chociaż odpocząć. Wyprowadziłam się do chłopaka. Mieszkamy razem od dwóch lat, jest nam dobrze, wspiera mnie.

W tamtym roku skończyłam szkołę zawodową, w grudniu zaczęłam pracę w sklepie mięsnym. W weekendy chodzę zaocznie do liceum, w przyszłym roku będę pisać maturę. Nie planuję, co będzie dalej, bo nie wiadomo jak potoczy się życie. Myślałam o studiach, ale wszystko będzie zależeć od tego, jak pójdzie mi matura.

Telefon

Mama zmarła 2 dni po komunii mojej siostry. Pojechałyśmy razem do kościoła, spędziłyśmy miłe chwile. Był z nami jeszcze wujek. Po mszy doszło do nieprzyjemnej sytuacji. Chciałam zrobić mamie zdjęcie z siostrą, ale pani z domu dziecka się nie zgodziła. Nie chciała, żeby były robione jakiekolwiek fotografie. Zdenerwowałam się wtedy i nakrzyczałam na nią, że moja mama nie ma zabranych praw rodzicielskich, tylko ograniczone i że ona nie może nam zabraniać robienia sobie zdjęć.

Dwa dni później zadzwonił wujek z informacją, że mama nie żyje. Zapiła się. Miała 36 lat.


Poszukiwania

Po poście, który opublikowałam na Facebooku, dostałam anonimową wiadomość o swoim rodzeństwie. Wiem, że mają zmienione imiona, nazwiska i numery PESEL. Wiem, że mieszkają w Jaworznie i do której chodzą szkoły. Nie wiem tylko, co mam dalej robić?

W poszukiwaniu rodzeństwa pomaga mi radny z Mysłowic. Pomógł mi napisać pismo do sądu z prośbą o udostępnienie informacji o siostrach i bracie. Dostałam odpowiedź odmowną. Umówiłam się na rozmowę z wiceprezesem sądu w Mysłowicach. Opowiedziałam o swojej sytuacji. Usłyszałam, że nie może mi pomóc, bo sąd nie jest od tego, żeby udostępniać dane osobowe. To samo powiedzieli w domu dziecka.

Chcę pojechać do szkoły, gdzie moje rodzeństwo się uczy, ale nie wiem, czy to jest zgodne z prawem? Nie wiem, czy mogę to zrobić? Ich nowa mama mnie nie zna, nie wiem, jak zostałam jej przedstawiona. Boję się, że w złym świetle. Chciałabym z nią porozmawiać, dojść do porozumienia. Bo ja nikomu nie chcę zrobić krzywdy, chcę tylko widywać się z bratem i siostrami, zabrać ich czasem na spacer, pokazać grób naszej mamy.

Nadzieja

Wiem, że ta rodzina, która się teraz nimi opiekuje, jest dobra. Że dzieci mają zapewniony dobry start, edukację i przyszłość. Ja tego nie miałam, więc tym bardziej nie chcę im tego zabierać. Zależy mi tylko, żeby inni przestali w końcu krzywdzić nas tym, że nie możemy się widywać. Nie wyobrażam sobie dalszego życia bez kontaktu z siostrami i bratem, ani czekania, aż skończą 18 lat i będą mogli się ze mną zobaczyć.

Mam nadzieję, że ta nowa rodzina, nowa matka przeczyta to i zrozumie, że kocham swoje rodzeństwo i pozwoli mi się z nimi widywać. Niczego więcej nie chcę.

Czy ta dziewczyna naprawdę oczekuje tak wiele?

W poszukiwaniach rodzeństwa, a teraz w dotarciu do nich, Annie Waleczko pomaga Dariusz Wójtowicz, radny Mysłowic. O całej tej sytuacji mówi tak: – Od 18 lat jestem radnym Mysłowic i większość pracy w samorządzie poświęcam jednej sprawie: staram się pomagać ludziom życiowo bezradnym i pokrzywdzonym przez los. Gdy w 1998 roku zostałem radnym, nie miałem nawet średniego wykształcenia, byłem po szkole zawodowej i miałem duże problemy ze znalezieniem stałej pracy. Potem małymi kroczkami uzupełniałem wykształcenie, zmieniałem swoje życie i stawiałem sobie nowe życiowe wyzwania, ale nigdy nie zapomniałem, że te kilkanaście lat temu, wybierając mnie po raz pierwszy do Rady Miasta, ludzie zaufali mi i dali szansę. Teraz ja staram się im odwdzięczać swoją pracą w samorządzie. Nigdy nie zapomniałem też, że wywodzę się z bardzo trudnego środowiska, bo z pewnie najbiedniejszej dzielnicy Mysłowic, czyli ze Starego Miasta. Tam ludzie żyją często w skrajnej biedzie i są źle traktowani przez gminne instytucje. Dlatego widząc, że pani Ania traktowana jest w sposób nieludzki i nikt nie chce jej pomóc, obiecałem, że zrobię wszystko, żeby mogła zobaczyć się ze swoim rodzeństwem.

Po kilku spotkaniach z nią, wiem na pewno, że to jest dobra dziewczyna. Owszem, czasem zaklnie, zapali papierosa, ale ona ma rysy twarzy człowieka, który w życiu wiele wycierpiał. Takie dzieci jak ona nie są święte. Trudno się temu dziwić, skoro wzorce, jakie widzą na co dzień w domu to często alkohol, pobicia, narkotyki. Ale ona wyłamała się z tego schematu. Kiedy podaję jej rękę, za każdym razem jestem zdziwiony, że ma uścisk dłoni mocny jak mężczyzna. Te jej silne ręce to efekt ciężkiej harówki. Aby przeżyć, pani Ania pracuje nawet po 12 godzin dziennie. To twarda dziewczyna z zasadami.

Dobrze znam dom dziecka, w którym było jej rodzeństwo, znam panią dyrektor, która według mojej oceny jest dobrym, ale bardzo surowym człowiekiem i konsekwentnym wychowawcą. Wiem, że zawiadując taką placówką spotkała się z wieloma złymi rzeczami, więc musi być stanowcza. Dlatego rozumiem jej dystans do sprawy. Mam jednak wielki żal do sądu rodzinnego, że adopcja jej dwóch sióstr i braciszka odbyła się bez wiedzy pani Anny. Tu warto zapytać skład orzekający: jeżeli trójka rodzeństwa została adoptowana, dlaczego ich najstarsza siostra o tym nie wiedziała? Dlaczego nie pozwolili jej się pożegnać z najbliższą rodziną?

Podczas procesu adopcyjnego zmieniono dane osobowe całej trójki rodzeństwa, jakby chciano zatrzeć za nimi wszelki ślad wcześniejszego życia. To nie jest ludzkie działanie w kontekście tej właśnie sprawy. Osobiście jestem przerażony tym, że w środku cywilizowanej Europy dochodzi do zgodnego z prawem rozdzielania rodziny, a nawet siłowego zerwania więzi poprzez utajnienie i zmianę danych osobowych. Podejrzewam, że dane osobowe zmieniono dlatego, aby najstarsza siostra nie mogła ich odnaleźć. Nie widzę w tym godnym potępienia działaniu sądu szczerych intencji, bo jednym orzeczeniem zgotowano czwórce rodzeństwa życiowy koszmar.

Napisaliśmy w tej sprawie pismo do mysłowickiego sądu. Sąd odpisał, że proces adopcyjny był zgodny z prawem europejskim i że w takich sytuacjach można zmieniać dane osobowe. Owszem, można, tylko że oprócz prawa są jeszcze zwykłe zasady ludzkiego współżycia i poszanowania uczuć drugiego człowieka. A tu najstarsza siostra z czwórki rodzeństwa została potraktowana jakby była człowiekiem gorszej kategorii, wręcz zagrożeniem. Pani Ania chce zobaczyć jak dorastają siostry i brat, czy nie potrzebują jej siostrzanego wsparcia, czy mają się dobrze. Przecież ona nie musi wierzyć obcym ludziom i sądowi, że jej rodzeństwo ma się dobrze. A może trafili do rodziny, w której dzieje się coś złego?

Kiedy pani Ania napisała w Internecie, że szuka sióstr i brata, dostała informację, że ich zastępcza mama jest nauczycielką w jednym ze śląskich miast. Mógłbym wziąć ją do samochodu i pojechać do nich, ale wiem, że będzie problem, jeśli rodzina zacznie na te dzieci wywierać wpływ, mówić im, że siostra jest zła. Pani Ania jest tą całą sytuacją przerażona. Boi się, że rodzeństwo nie będzie chciało się z nią spotykać, że przestaną ją kochać, że zapomną. A ona nie chce ich przecież adoptować, nie chce być ich rodziną zastępczą. Chce tylko się z nimi spotkać, zobaczyć, jak teraz żyją i móc czasem ich odwiedzić. Czy to tak wiele?



Źródło: Onet

Zostaw Komentarz

Zostaw komentarz

Twoj email nie będzie publikowany.