Fanki „Seksu w wielkim mieście” na pewno pamiętają jedną z najbardziej znanych scen z filmu, w której podczas nieudanego miesiąca miodowego Carrie pogrążone w smutku bohaterki opalają się nad basenem. W pewnym momencie kamera niebezpiecznie zbliża się ku bikini Mirandy. Oczom widzów ukazują się wystające spod majtek włoski bohaterki. Rozpasana seksualnie Samantha, której życie koncentruje się na zabiegach medycyny estetycznej, piciu drinków z palemką i przede wszystkim podrywaniu młodszych chłopaków, nie jest w stanie zrozumieć tego, że jej przyjaciółka mogła zapomnieć o depilacji – i to tej najważniejszej – depilacji BIKINI właśnie! Zapewnienia, że zajęta prawniczka ma inne rzeczy na głowie, nie pomagają. Znana ze swojej złośliwości wykrzykuje, że – nawet jeśli, to chyba Miranda zapomina o depilacji permanentnie od 1998 roku (film miał premierę dziesięć lat później). Pod koniec tej zabawnej sceny sprawczyni całej afery przyrzeka przyjaciółkom (i widzom), że ona do takiego stanu nie doprowadziłaby się nigdy, nawet w celi śmierci.

Choć oczywiście reakcja Samanthy (jak wszystko w „Seksie w wielkim mieście”) jest mocna przesadzona, dla wielu kobiet (a także mężczyzn) depilacja okolic intymnych jest dziś takim samym obowiązkiem jak usuwanie zbędnego owłosienia z pach czy nóg.  Jednak wbrew pozorom depilacja sfery bikini nie jest wynalazkiem ostatnich kilku dekad. Choć nikt nie wie, co tak naprawdę skrywała biblijna Ewa pod listkiem z drzewa figowego, historycy są pewni, że okolice intymne depilowano jeszcze na długo przed narodzinami Chrystusa. Egipcjanki, Greczynki i Rzymianki pozbywały się włosów z niemal całego ciała – w tym także włosów łonowych. Metody były jednak tak prymitywne, że współczesnym kobietom włos może tylko jeżyć się na głowie – włosy opalano bowiem specjalną lampką lub usuwano je za pomocą mieszaniny czegoś, co przypominało francuski sos winegret – a więc oliwy, cytryny i miodu (na szczęście już bez dodatku czosnku!). Z nadmiarem włosów walczyły zarówno kobiety młode, jak i dojrzałe, o czym można się dowiedzieć chociażby z komedii Arystofanesa. W tym kręgu kulturowym powody usuwania zbędnego owłosienia miały wymiar głównie estetyczny. W kulturze islamu depilacja wzgórka łonowego należała natomiast do fitrah, czyli czystej natury, którą człowiek dostał od Boga.

Odkrycie ciała czy Ameryki?

Panie depilowały więc okolice intymne jeszcze w czasach, gdy… bieliznę uważano za oznakę rozwiązłości i niemoralnego stylu życia – w cesarstwie rzymskim tylko kurtyzany mogły nosić bowiem przepaski biodrowe, czyli odpowiednik współczesnych majtek. A jak te sprawy wyglądały w średniowieczu? Purytańska moralność nakazywała kobietom, by tematy cielesne objęte były zmową milczenia. Z oficjalnych przekazów niewiele się zatem dowiemy, ale raczej mało prawdopodobne, by wieki średnie były epoką gładkiego bikini, skoro publiczne prezentowanie nawet tak niewinnych części ciała jak łydki czy ramiona uchodziło wówczas za niemoralne. Z ksiąg prowadzonych przez lekarzy wynika jedynie, że usuwanie włosów z całego ciała było pożądane, gdy w mieście pojawiały się wszy. A jak było z depilacją bikini w nowożytności? Plotki głoszą, że gdy Krzysztof Kolumb wylądował ze swoją załogą na brzegach Nowego Świata, od razu zwrócił uwagę na gładkie łona rdzennych mieszkanek Ameryki. Ile jest w tym prawdy? Tego już dziś nie odkryjemy. Wiadomo jedynie, że nasze prababki w kwestii depilacji były bliższe kobietom średniowiecza niż starożytności. Nawet rewolucja seksualna z lata 60. i 70. XX wieku nie nakłoniła pań do pozbywania się włosów z całego ciała. Epoka gładkości nadeszła dopiero później, ale gdy już nadeszła, to z wielkim impetem.

I Bóg stworzył bikini

Na początku zeszłego stulecia nikt nie się spodziewał, że sto lat później gimnazjalistki bez rumieńców na twarzy będą dyskutować o najbardziej intymnych sferach swojego życia – z depilacją całego ciała włącznie. W pierwszej połowie XX wieku nie utożsamiano pojęcia piękna z pojęciem depilacji. Mówiąc wprost: także bardzo zadbane kobiety po prostu nie usuwały włosków. I trudno się zresztą dziwić, skoro pierwszy znany nam model damskiego kostiumu (z 1890 roku) zakrywał dosłownie wszystko – miał pończochy i buty. W kwestii wydepilowanego ciała niewiele zmieniło się nawet wtedy, gdy w 1946 roku na paryskim basenie Molitor pokazano światu pierwsze bikini. Epoka bikini mogłaby przyjść zresztą znacznie szybciej – ale przez kilka lat żadna modelka nie chciała się zaprezentować w czymś tak skąpym i obrazoburczym. W końcu Louis Réard, twórca tego szatańskiego odzienia, wynajął do tego tancerkę z Casino de Paris. Kobiet to jednak nie przekonało – jeszcze przez dwie dekady na plażach królowały kostiumy jednoczęściowe, a depilacja i w ogóle „te sprawy” pozostawały tematami tabu. Musiało minąć jeszcze trochę czasu, by zaczęło rządzić najważniejsze przesłanie epoki, którym było wyzwolenie. Gdy w filmie „Powiększenie” Michelangelo Antonioni umieścił dziewczynę (w tej roli Jane Birkin) prezentującą w jednej ze scen zaledwie skrawek włosów łonowych, wybuchł prawdziwy skandal obyczajowy. Podobna atmosfera towarzyszyła wydaniu pierwszej zupełnie nagiej okładki „Playboya” – było to w 1969 roku, a przedstawiona na niej amerykańska aktorka i modelka Paula Kelly miała gęste włosy łonowe. Choć dziś takie obrazki wydają się bardziej niewinne (a już na pewno pewno bardziej artystyczne) niż okładki tabloidów, amerykański magazyn spotkał się z ogromną krytyką. Był to zresztą ostatni moment, gdy kobiety pokazywały nieogolone ciała w popularnych magazynach głównego nurtu. W latach 80. artysta Helmut Newton fotografował co prawda kobiety, które nie były całkowicie gładkie, ale włosy obrastające ich łona były równiutkie jak spod kosiarki – idealnie wydepilowane z boków i ułożone zgodnie z „geometrycznymi trendami”. Na przełomie lat 80. i 90. w  Stanach Zjednoczonych kobiety stworzyły żartobliwe hasło „Bushes For President, Not Women”, co było zabawną grą słów nawiązującą z jednej strony do włosów łonowych kobiet (bush to po angielsku krzak), a z drugiej zaś do nazwiska najsłynniejszego republikańskiego rodu Ameryki. Od tego czasu wszystko szło w jednym kierunku – piękne kobiece ciało musiało być idealnie gładkie.

Epoka gładkości

Nowoczesna depilacja okolic intymnych dość szybko przywędrowała ze Stanów Zjednoczonych do Europy. I ma się tu doskonale – choć w niektórych kręgach feministycznych od kilku lat mówi się o trendzie pozostawiania włosów w stanie naturalnym (depilację traktuje się jako akt deseksualizacji, infantylizacji, denaturalizacji i sposobu kontroli mężczyzn nad kobietami), wiele pań (nawet najbardziej zagorzałych feministek) twierdzi, że depiluje się „tam” – nie dla partnera ani nie po to, by zaspokoić złośliwe pytania koleżanek w stylu Samanty Jones, ale wyłącznie dla siebie. I rzeczywiście usuwanie włosów z okolic bikini – poza walorami estetycznymi – ma wiele zalet także z medycznego punktu widzenia. Przede wszystkim – gdy skóra jest gładka, łatwiej utrzymać miejsca intymne w czystości, bo włosy – jak wiadomo – są siedliskiem drobnoustrojów. Depilacja laserem IPL likwiduje także dość częsty problem stanów zapalnych (chodzi o małe krostki) wokół mieszków włosowych.

Bikini bikini nierówne

Depilacja bikini cieszy się dziś tak dużą popularnością, że postanowiono wyodrębnić kilka jej rodzajów. Najpopularniejsze to depilacja całkowita (zwana też hollywoodzką), brazylijska (zostawiamy cienki pasek tuż nad łechtaczką) i francuska (delikatna korekcja wzdłuż linii bielizny). Czy są jakieś przeciwwskazania, by wykonać którąkolwiek z nich? Jeśli mamy skórą wrażliwą, skłonną do alergii, najbezpieczniejszym rozwiązaniem będzie na pewno metoda trzecia. Debiutantki mogą zacząć od francuskiej i przy kolejnych sesjach usuwać włoski coraz głębiej. Lekarze powtarzają zresztą, że infekcje, podrażnienia czy mikrouszkodzenia skóry są wynikiem nie samej depilacji, ale jej niewłaściwego sposobu. Główni winowajcy? Golenie skóry maszynką (zwłaszcza taką niewiadomego pochodzenia, np. podkradzioną facetowi), trzymanie chemicznego kremu czy pianki zbyt długo na skórze i bolesne naciąganie naskórka przy depilacji woskiem. Efekt? Płacz i zgrzytanie zębów. Ginekolodzy zalecają więc, by depilować się możliwie jak najrzadziej, jak najbardziej delikatnie i bez zbędnej chemii. Te wszystkie wymogi spełnia depilacja IPL, czyli, mówiąc dokładniej, epilacja – zabieg trwałego usuwania włosków z wybranych partii ciała.

Depilacja hi-tech

Od kilku lat w sprzedaży są coraz bardziej zaawansowane urządzenia, dzięki którym jakość jak z salonu kosmetycznego można uzyskać taniej i szybciej w domowym zaciszu. Technologia IPL spodoba się także paniom, które mają niski próg bólu – zabieg ten jest bowiem zupełnie bezbolesny, czego nie można powiedzieć o klasycznych sposobach walki ze zbędnym owłosieniem. Metoda ta polega na trwałym uszkodzeniu macierzy, dzięki czemu włos już nie odrasta (badania mówią, że liczba włosków po ośmiu zabiegach zmniejsza się o ok. 90 proc.). Depilatory nowej generacji wyposażone są w specjalny tryb przeznaczony do depilacji miejsc szczególnie wrażliwych i trudno dostępnych. Obsługa takiego urządzenia wydaje się dość prosta – wystarczy przyłożyć je do miejsca, które chciałybyśmy mieć idealnie gładkie. Wiązki światła wnikają w warstwy skóry i usuwają włoski wraz z cebulkami. Takie zabiegi powtarza się najpierw co kilka tygodni, a potem już znacznie rzadziej. Przed „pierwszym razem” należy pamiętać o wcześniejszym ogoleniu okolic bikini maszynką (najlepiej na dwa dni przed). Jest to konieczne jedynie przy pierwszych czterech/pięciu sesjach – później skóra będzie już wystarczająco gładka bez golenia. Nie powinno się natomiast depilować bikini woskiem ani za pomocą klasycznego depilatora. Gdy wszystkie niechciane włoski będą już ujarzmione, należy zadbać o skórę. Musimy przede wszystkim chronić ją przed promieniowaniem słonecznym (solarium także jest niewskazane). Tuż po samym zabiegu depilacji IPL warto posmarować okolice bikini delikatnym kremem, np. takim z dodatkiem aloesu. Doskonale sprawdzi się także zasypka dla niemowląt.

Artykuł sponsorowany